Tylko dwa kierunki i aż kilka specjalności, nauka w systemie modułowym, kompletnie nieznanym w Polsce. Na zajęciach głównie praktyka, a nie definicje. Wykładowca - przewodnik a nie mentor. Wszystko odwrotnie niż w tradycyjnych szkołach. Wszystko dla studenta.
Wylądować szczęśliwie i daleko
- Wiedzy o biznesie nie można się nauczyć z książek ani z wykładów. Biznesu trzeba doświadczać – mawiał prof. dr hab. Jerzy Kalisiak, założyciel, twórca cenionej przez studentów i pracodawców metodologii kształcenia oraz wieloletni rektor uczelni. Dlatego zajęcia w POU wyglądają na przykład tak, jak te ze strategii przedsiębiorstw, III semestr MBA, prowadzący dr Ryszard Gambin. Jest do nich świetnie przygotowany, przyniósł ze sobą wszystkie potrzebne materiały. Zaangażowany w to, co robi.
Szybko można się przekonać, że prowadzącymi zajęcia są studenci omawiający prezentacje na zadane wcześniej tematy, a dr Gambin to ten, który przeszkadza, mąci, pyta, sieje niepewność, zmusza do myślenia. Na ekranie miga tytuł prezentacji „Informacja w zarządzaniu strategicznym”. Kilka definicji. Dr Gambin wkłada kij w mrowisko. - A jeśli dostanę coś po japońsku, to nie jest informacja? - pyta. Wybucha dyskusja.
Metodologia
Prezentacja jest referowana dalej. Dr Gambin znów przerywa. - Zawsze należy podać źródło. Bo recenzent może lubić inny podział niż Państwo. Ale słusznie patrzycie na temat z punktu widzenia biznesowego.
Pytania z sali. Jak referujący rozumie „koszt” albo „priorytetowość”. Musi odpowiedzieć. Na ekranie miga kolejny schemat. Dr Gambin komentuje: - Tego typu obrazki są ryzykowne. Chwilę potem opowiada anegdotę o Benetonie, twórcy imperium sweterkowego. Anegdota ma uzmysłowić, że praca dyplomowa będzie oparta na caseach, że będzie w niej miejsce na obserwacje własne. Wybucha kolejny spór o rolę handlowców w firmie. Ilu ludzi na sali wykładowej, tyle spojrzeń na ten problem. Wrze. Mają czas na żywą, twórczą dyskusję.
Dr Gambin zatrzymuje się dłużej nad wywiadowniami gospodarczymi kojarzonymi raczej z Hansem Klosem niż z biznesem. Poleca książkę zachodniego autora, bo polscy sprawę za bardzo unaukowiają. Studenci sypią przykładami szpiegostwa znanymi z codziennej prasy. Dr Gambin zauważa, że ze względów prestiżowych firmy wydają mnóstwo pieniędzy na informacje niepotrzebne. Mówi o zjawisku „big boss”. I że stratedzy często uważają, że wszystko już wiedzą i nie zamawiają informacji naprawdę potrzebnych. Studentka komentuje: - Niektórzy stratedzy podjęli dobre jedną czy dwie decyzje. Ale wcześniej czy później polegną. Ich małość obnażył kryzys w USA. Dr Gambin: - Strateg jest jak Adam Małysz. Kiedy stoi na progu skoczni, od sztabu ludzi zatrudnionych wokół niego, wie wszystko: jaka jest siła i kierunek wiatru, jak ma nasmarowane narty itp. Ale to on sam musi podjąć decyzję, kiedy i jak się odbić, żeby wylądować szczęśliwie i daleko.
W tradycyjnej polskiej uczelni takie zajęcia i takie relacje należą do rzadkości, bo nie do wyobrażenia jest że wykładowca może mieć tak dobry kontakt ze studentem, w POU są jednak codziennością. Wykładowcom, jak dr Gambin, chodzi przede wszystkim o wypracowanie podczas zajęć wspólnego języka ze studentami. Jej twórcom zależy, by student umiał myśleć, zadawać pytania, wyciągać wnioski, to element metodologii.
Jakość to prestiż
Na zajęciach dr Gambina aktywna była Teresa Wilczyńska – Minda. Podobają jej się. Wie, co mówi, bo wcześniej skończyła osławioną i niedoścignioną w rankingach państwową uczelnię ekonomiczną, a jednak nie miała tam tak dobrze prowadzonych zajęć. Na studiowanie MBA w POU zdecydowała się, bo pocztą pantoflową do niej dotarło, że w tej szkole dobrze uczą. Zresztą POU jako pierwsza uczelnia w Polsce otrzymała akredytację stowarzyszenia Association of MBAs, zrzeszającego 152 najlepsze uczelnie biznesowe świata.
- Wcześniej studia MBA skończyła tu koleżanka z firmy. Chwaliła praktyczny aspekt zajęć. A ponieważ mam kilkuletnie doświadczenie w pracy, było to dla mnie decydujące. Ale nie ukrywam też, że porównywałam ceny. W tej szkole dają porządną wiedzę za 30 tys. zł, a nie za 60 jak na pewnej państwowej uczelni. Bardzo wątpię, żeby za tak wygórowaną stawką stała równie wygórowana jakość. Z rozmów z tamtejszymi studentami wiem, że płacą jedynie za prestiż uczelni. A czym jest sam prestiż bez odpowiedniej jakości?
Zapędy na równie prestiżową uczelnię państwową miała inna studentka dr Gambina, która pragnie zachować anonimowość. Ale zrezygnowała ze względu na koszty. - I cieszę się, że tak się stało. Tu jest sensowniej. Jestem zadowolona. Dla mnie najcenniejsze są zajęcia, na których omawiamy case’y.
Izabela Wolnicka zanim trafiła do POU, studiowała na państwowej uczelni. Ma więc porównanie. – Chorowałam. I spotkałam się z niezrozumieniem. Byłam bardzo niezadowolona z uczelni, gdzie student jest petentem, którego wykładowca ma się jak najszybciej pozbyć. Nikt nigdy nie miał dla nas czasu, bo tuż po zajęciach właśnie pędził na kolejną chałturę. Tu jest diametralnie inne podejście. Wykładowcy są dla nas.
Izabela w POU studiowała trybem dziennym, choć dużo wyjeżdżała za granicę. Wykładowcy autentycznie jej pomagali. Bez świetnego kontaktu mailowego z nimi pewnie nie zaliczyłaby analizy finansowej.
Jak trafiła do POU? Po cierpkich doświadczeniach powiedziała sobie: nigdy więcej państwowej uczelni. Zaczęła czytać o brytyjskim systemie edukacji, o systemie modułowym. Gdy znalazła w Polsce uczelnię, która od początku swego istnienia tak uczy, była zachwycona.
Najbardziej ceni sobie praktyczność zdobytej na studiach wiedzy. Wychodzi to choćby w rozmowach w koleżankami, które pracują w agencjach reklamowych. Jedna z nich musiała się sama uczyć wielu spraw. Na przykład przygotowywania formularzy. Była w szoku, że Iza studiuje w szkole, która tego uczy. Nic więc dziwnego, że po mieście krąży fama, że w POU uczą praktycznie. Że wiele zajęć o reklamie jest prowadzonych przez osoby z branży. Są wiarygodni w tym, co mówią, wciąż omawia się case’y, konkretne etapy kampanii reklamowej. To procentuje: kilka tysięcy absolwentów, którzy porobili niezłe kariery; pozytywne głosy od pracodawców; pracuje 95 proc. magistrów i około 80 proc. ludzi już po trzecim roku studiów. Pracują już jako studenci. Dzięki temu na zajęciach mogą się dzielić praktyczną wiedzą.
POU? - Polecam!
Dla Ewy Gomółki, absolwentki POU, najistotniejszy przy wyborze szkoły był również system modułowy umożliwiający rekrutację cztery razy w roku. Plusy modułów? - Wybierasz kierunek i w danym roku akademickim realizujesz określoną liczbę przedmiotów – każdy ma określoną liczbę godzin. Na koniec piszesz sprawdzian i masz z głowy. To wygodne - tłumaczy Ewa Gomółka. - Jeśli w danym momencie nie masz czasu lub pieniędzy, bierzesz jeden przedmiot. Jeśli studia chcesz ukończyć szybko, możesz wziąć pięć przedmiotów. To ma też minusy. Bo jeśli bierzesz jeden przedmiot na semestr, studia ciągną się nawet 10 lat. Sama jestem takim przypadkiem. Robiłam po przedmiocie, dwa w semestrze, bo na więcej nie było mnie stać.
Ewa Gomółka docenia e-learning. O kreślonej godzinie siadała do komputera, uczyła się za pomocą prezentacji, filmów, wykorzystywała czat. Wykładowcy można było zadać pytanie, on również pytał studentów.
- Rozwiązywaliśmy ćwiczenia, dyskutowaliśmy z innymi studentami. Myślę, że przygotowanie scenariuszy e- learning to musiała być ogromna robota. Żeby nie było luk, żeby student szedł krok po kroku – wylicza entuzjastka e-learningu.
Ewie Gomółce w momencie studiowania potrzebny był dobry poziom z języka angielskiego, praktyczny marketing i reklama. Wszystko to dostała. Cieszyła się, że na zajęciach poznaje techniki produkcyjne w reklamie. - Sami przygotowywaliśmy reklamy prasowe, spoty radiowe. Ja znałam ten problem od strony agencji reklamowej, w której wtedy pracowałam. Mogłam powiedzieć z innym, jak przygotować spot, żeby zleceniodawca był zadowolony.
Mimo że studiowała marketing i reklamę, pracę magisterską napisała z branży HR, o dyskryminacji kobiet na rynku pracy. - Podczas obrony w komisji zasiadał człowiek z SGH. Moja praca tak mu się spodobała, że zaproponował mi robienie u nich doktoratu. Nie skorzystałam.
Piotr Listwoń w POU zrobił licencjat. Z tego powodu studiuje teraz z 30 proc. zniżką. Piotr nie pamięta już, czy tę szkołę polecił mu znajomy czy ktoś z rodziny. Chciał studiować zarządzanie. Do POU przyciągnął go brytyjski system nauczania: oceny wystawiane w procentach, moduły, zajęcia warsztatowe. No i podwójny dyplom: polski i brytyjski Oxford Brookes University. Z takim świadectwem łatwiej o pracę za granicą i w dobrych firmach w Polsce.
Gdy lepiej zaczął poznawać szkołę, podobało mu się w niej coraz bardziej: warsztaty, gdzie studenci są aktywni, dyskutują, brak przepaści w stylu: ja wielki profesor, wy moi mali studenci, chowacie się po kątach, bo boicie się odpowiadać na pytania. - To z tych powodów po trzech latach nauki na licencjata, zdecydowałem się na MBA - mówi Piotr. - Znów mam tryb modułowy. Nie muszę siedzieć w domu i kuć po nocach z podręczników. Tu stawia się na rozmowę z wykładowcą, który opowiada, jak jest w firmach. Dla mnie bardzo ważne było, że zajęcia prowadzi menadżer - praktyk.
Piotr ostatnio podjął kolejną pracę - na giełdzie energii. Twierdzi, że jego pracodawcy cenią w nim umiejętność posługiwania się różnymi analizami, łatwość podejmowania decyzji, a więc to, co wyniósł z uczelni.
Podkreśla, że na MBA są trzy źródła wiedzy: podręczniki i inne materiały opracowane przez wykładowców tej uczelni, studenci z danej grupy, którzy powołują się o case’y ze swojej praktyki oraz wykładowcy.
Piotr jest tak zadowolony z wyboru POU, że MBA już polecił swojej dziewczynie i znajomym. Również z powodu ludzkiego podejścia do studenta. - Wielu moich znajomych opowiadało mi o trudnościach z załatwieniem czegokolwiek w dziekanacie. W POU takie rzeczy są nie do pomyślenia. Panie są bardzo miłe, a program elastyczny. Uczelnia pozwala nawet na swobodny wybór czasu, tempa oraz studiowanych zagadnień. To kolejny ukłon w stronę studenta.
Europejski poziom
Piotrowi Listwoniowi podobają się nawet egzaminy. - Weryfikują naszą wiedzę teoretyczną. Są pisemne. Na tematy omawiane na zajęciach tworzy się niemalże wypracowania. W trzy godziny zapisuje się 12- 18 stron A4. Dla osób wstydliwych to dobre rozwiązanie, że nie ma ustnych. Ściąganie? Nie ma mowy! Egzamin sprawdza zbyt obszerną wiedzę, odbywa się w salach 10-12 osobowych, gdzie wykładowca ciągle jest obecny. Pamiętam tylko jeden przypadek, gdy ktoś próbował ściągać. Został wyrzucony z sali i nie zaliczył. Ogromnie cenne są repetytoria, czyli powtórzenia polegające na analizie raportów rocznych rożnych firm. Obmyślamy propozycje strategii, środków finansowych itp. Ciężko z tego ściągę zrobić. To trzeba wiedzieć.
Więc student POU wie. Bo wie, czego się od niego wymaga i że kryteria oceny są obiektywne i ujednolicone.Że prace są sprawdzane podwójnie. I że program każdego przedmiotu studiów jest dokładnie opisany, podobnie jak jego związki z innymi przedmiotami. Spełnienie tych wymogów jest konieczne z powodu systemu kontroli jakości, który funkcjonuje na uczelni. Co ciekawe, dwa razy w roku zbierają się komisje egzaminacyjne, w których zasiadają wykładowcy POU, egzaminatorzy zewnętrzni oraz przedstawiciele OBU. Zatwierdzają oceny z poszczególnych przedmiotów oraz nadają prawo do otrzymania dyplomów ukończenia studiów.
Takie staranne i ludzkie podejście do studenta jest ważne szczególnie dziś, w epoce zalewu informacji, gdy trzeba umieć je selekcjonować. Tego jednak nie da się zrobić bez samodzielnego myślenia, bez umiejętności uczenia się przez całe życie.
- Tu uczą jak myśleć, a nie co myśleć. Uczą zadawania pytań, a nie dawania gotowych odpowiedzi – mówi Grzegorz Walicki, dyrektor generalny Sybase Polska, absolwent studiów MBA.
W Polsce to, co trudne bywa utożsamiane z niezrozumiałym. Wśród studentów, którzy dopiero co podjęli naukę, szkoła ma jednak opinię trudnej, choć zagadnienia omawiane na zajęciach są zrozumiałe. I nagle po pierwszych zajęciach mówią: jest łatwo, bo rozumiem. Na koniec sesji znów słychać: jest trudno, bo trzeba napisać egzamin. Po trzech pierwszych przedmiotach część z nich odpada. Ci, którzy chcą kupić dyplom, nie mają tu czego szukać. Większość kandydatów jest z polecenia znajomych. Doceniają wydane przez uczelnię podręczniki, które jasno i przejrzyście porządkują wiedzę, jak lubią. Piratowane przez inne szkoły wyższe, które rzadko się przyznają do nie swojego autorstwa.
Czy któraś uczelnia w Polsce wypracowała równie solidną metodologię nauczania jak POU? Wykładowcy prowokują do myślenia, mają praktyczne podejście do programu nauczania, system kontroli jakości gwarantuje studentowi sprawiedliwą ocenę, student i jego potrzeby są najważniejsze. Za tym wszystkim kryje się cały system kształcenia, wymagający wielkiego nakładu sił i środków, ale skuteczny. To gotowy i sprawdzony pomysł na uzdrowienie polskiej edukacji. Przecież twórcy POU chcieli, żeby w Polsce pojawiła się wreszcie szkoła biznesowa kształcąca zgodnie z potrzebami rynku, ucząca, jak się uczyć, a nie czego się uczyć. Dlatego po jej ukończeniu absolwenci lądują szczęśliwie i daleko.
Krystyna Różańska |